Poniedziałek, 14 października 2019. Imieniny Alany, Damiana, Liwii

Sztuczne klepanie po plecach nie przyniesie dobrych wyników [ROZMOWA]

2018-12-28 16:00:00 (ost. akt: 2018-12-29 00:18:57)

Autor zdjęcia: archiwum prywatne/FB

— W a-klasie każdy rywal jest w naszym zasięgu. Szybki powrót do okręgówki jest jak najbardziej realny — mówi Andrzej Kłosowski, trener Żagla Piecki. Ceniony zawodnik i szkoleniowiec zasiada ponadto równolegle na ławce trenerskiej dziewcząt z III-ligowego MOSiR Kętrzyn. Jakim cudem łączy te dwie niełatwe funkcje z pracą i życiem prywatnym?

— Własna praca, trenowanie MOSiR Kętrzyn i Żagla Piecki, życie prywatne... Ile trwa pana doba?
— (śmiech) Dokładnie tyle, ile u innych ludzi. Wszystko jest kwestią dobrego rozplanowania, gospodarowania czasem. Jeśli się naprawdę czegoś chce, to można znaleźć czas na wiele rzeczy.

— Weekendów z rodziną raczej pan jednak nie spędza.
— Niestety jest w tym trochę prawdy.. Mecze, wyjazdy, raz jedna drużyna, raz druga... Myślę jednak, że moi najbliżsi zdążyli się już przez te wszystkie lata przyzwyczaić do mojej pasji, którą od dawna jest piłka nożna. W czasach, gdy sam biegałem po boisku, również nie byłem typem domatora. Rodzina jest dla mnie jednak bardzo, bardzo ważna. Kiedy tylko mam możliwość, to poświęcam jej każdą wolną chwilę.

— Co myśli pan o tych, którzy obgadują pana za plecami?
— Tzn?

— Przed naszą rozmową przepytałem ekipy obu drużyn. Nie sposób znaleźć na pana haka. W obu jest pan lubiany. Mówią nawet więcej: "kolega do rany przyłóż".
— (śmiech) Cieszę się. Mam ten komfort, że faktycznie mogę pracować z osobami, które nie tylko chcą rozwijać się sportowo, ale - po prostu - są też szczerymi, pozytywnymi ludźmi.

— Nie jest to trochę niebezpieczne? Trudno być wymagającym, jednocześnie będąc kumplem.
— Myślę, że przez te wszystkie lata, w których funkcjonowałem także jako tzw. "grający trener", udało mi się wytyczyć rozsądną granicę. W Żaglu wprawdzie nie jestem jeszcze ze wszystkimi zawodnikami "na Ty", jak było to np. w Granicy Kętrzyn, ale w każdej prowadzonej drużynie i tak podczas treningu czy meczu słyszałem zawsze "trenerze". Kwestie osobiste i zawodowe przecinają się u mnie w rozsądnym punkcie. Nie miałem nigdy z tym problemu.

— Kumpel może być treningowym katem? Nie widzę tego.
— To trudne, ale nie o to przecież z reguły chodzi. Ci, których trenuję, muszą wiedzieć, że gdy jest trening, to nie ma przebacz. Sztuczne klepanie się po plecach nie przyniesie dobrych wyników. Ja również najlepiej wspominam tych trenerów, którzy - choć pozostawali "ludzcy - to jednak dawali najmocniejszy wycisk na treningach. Później, w czasie meczu, nie było dzięki temu wstydu.

— Przejdźmy do pana kariery piłkarskiej...
— ...to za wielkie słowo. Powiedzmy, że była to przygoda.

— Chyba wszyscy świetni piłkarze tak mówią.
— Po prostu grałem w nieco wyższych ligach, niż większość chłopaków, którzy kopali piłkę w okolicy. Pochodzę z Olsztyna, grałem przez 18 lat w miejscowej Warmii. W zasadzie właśnie tam nauczyłem się grać w piłkę. Wywalczyliśmy awans do 3. ligi, później do 2. (obecnie - uwzględniając Ekstraklasę - to odpowiednik 1. ligi - przyp. K. K.). Później trafiłem do Granicy Kętrzyn, miałem też epizod w Orlętach Reszel.

— Nie korci czasem, by i teraz wyjść na murawę?
— Oczywiście, że korci. A już szczególnie, gdy byłem nieco młodszy. Mam jednak już 47 lat na karku. Trochę dużo, by wbiegać na boisko...

— Przeglądając listę zawodników od IV ligi w dół, znalazłoby się wielu znacznie starszych.
— Zgadza się. Lata gry na tym ciut wyższym poziomie, z 4 mocnymi treningami w tygodniu i meczem, swoje jednak zrobiły. Pewnych rzeczy się nie oszuka. Stawy już nie te same. Biodro mam powoli na wykończeniu, w najbliższym czasie czeka mnie zabieg.

— Na liście zawodników Żagla jednak pan widnieje.
— Tak, ale "awaryjnie". Tylko raz zdarzyło mi się zagrać pełne 90 minut, gdy mieliśmy problem z zebraniem składu. Jestem zgłoszony do gry, ale dla mnie jest zdecydowanie ławka trenerska, a nie murawa.

— Mieszka pan obecnie w Kętrzynie. Do Piecek nie tak blisko. W jaki sposób pan tam trafił?
— Pamiętano mnie jeszcze z czasów, gdy prowadziłem Srokowo, a także Juranda Barciany...

— Czyli zaciętego rywala Żagla. Oba zespoły, dwa sezony temu, tłukły się o 1. miejsce. Ostatecznie oba zresztą awansowały do okręgówki.
— Dokładnie, to była ostra walka. Przeciwko Żaglowi prowadziłem Juranda jednak tylko jeden sezon. Później miałem chwilę "trenerskiej ciszy", którą przerwał telefon od prezesa Żagla. Złożył mi propozycję. Przypadła mi do gustu. Dopięliśmy szczegóły i trafiłem na Żagiel Arenę.

— Był to niełatwy czas dla klubu. Drużyna wylatywała powoli z okręgówki, szeregi opuściło kilku ważnych zawodników, łącznie z trenerem Rogowskim.
— Osłabień trochę było, m.in. tacy fachowcy jak Damian Majak czy Szymon Nałysnyk. Pozostało jednak wciąż sporo ludzi, z którymi można było solidnie pracować. I - co najważniejsze - naprawdę im się chciało pracować. Straty początkowo były zauważalne, ale z tygodnia na tydzień przestawialiśmy się na nowe tory i gra coraz lepiej się kleiła. Zabrakło niewiele, by utrzymać się w klasie okręgowej. Obecnie największą bolączką jest zebranie młodzieży.

— Trudno wyciągnąć ją sprzed komputerów?
— Też. Młodszych roczników w Żaglu nie brakuje. Gorzej jest z kategorią junior starszy. W tym przypadku jest gorzej.

— Obecnie plasujecie się na 1. miejscu a-klasy. Szybki powrót do okręgówki?
— Wyniki są dobre, ale przed nami jeszcze cała wiosna, więc trudno cokolwiek powiedzieć. Jestem jednak dobrej myśli. Wiem, że wraca m.in. wspomniany Majak. W a-klasie każdy rywal jest w naszym zasięgu.

— Kasa na awans się znajdzie?
— Jeśli poradziliśmy sobie w tym roku, bez żadnych długów, to i po awansie sobie poradzimy. Pod względem finansowym Żagiel to zresztą specyficzna drużyna. W wielu innych klubach zawodnicy myślą na zasadzie: "co mogę dostać od klubu". Tutaj to rzadkość. Zdecydowanie częściej bywają sytuacje, że chłopaki - gdy zachodzi potrzeba - potrafią z własnych kieszeni zebrać kwotę na dany cel. Nikt nie liczy na wielkie kontrakty, liczy się dobra zabawa.

— Brzmi trochę jak "sportowa rodzina".
— Zdecydowanie. Można tak to nazwać. To coś, co wyróżnia ten klub.

— Przejdźmy do dziewcząt z III-ligowego MOSiR Kętrzyn. Mało który facet odważyłby się trenować kobiety...
— To pozornie zupełnie inna bajka, fakt. I dlatego też długo nad tą decyzją się zastanawiałem. Lubię jednak wyzwania, a to było inne niż wszystkie, z którymi miałem do czynienia. Zmotywowało mnie. Chciałem się sprawdzić.

— Trudniej niż z facetami?
— Nie, chyba nie. Inaczej. Dziewczyny oczywiście czasem podchodzą nieco bardziej "emocjonalnie" do pewnych kwestii. Trzeba po prostu odrobinę inaczej reagować.

— Stereotypowe "babskie humory" dały się we znaki?
— (śmiech) Nie tak bardzo jakby się mogło wydawać. Początki nie były łatwe, ale znaleźliśmy złoty środek. Rozumiemy się dobrze. Krzywo jeszcze na mnie nie patrzą, więc nie jest źle.

— Strach podpaść jednej kobiecie. A co dopiero całej drużynie.
— Zdecydowanie. W dodatku trzeba zwracać uwagę na rzeczy, o których wcześniej nawet się nie myślało.

— Tzn?
— Choćby wejście trenera do szatni. Przez dziesiątki lat współpracy z facetami była to dla mnie kwestia naturalna. Tutaj stanąłem przed drzwiami i nie wiedziałem co zrobić. Miałem obawy...

— Zrozumiałe. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach. "Wyczulonych" na kwestie "damsko-męskie".
— Dokładnie. Uzgodniliśmy jednak, że po prostu dziewczyny same po mnie będą przychodziły, gdy się ogarną. To jedna z wielu rzeczy. Trzeba brać szczególną uwagę na każde słowo i gest. Teoretycznie - jako trener - chcesz po prostu np. wytłumaczyć zawodnikowi jak ma się ustawić, co robić na boisku. Gdy jednak jest to np. nieletnia dziewczyna, ktoś z boku może byle gest odebrać zupełnie inaczej. Nabranie tej świadomości było chyba najtrudniejsze.

— Czyli jednak trzeba obchodzić się "delikatnie jak z jajkiem"?
— Wręcz przeciwnie. Dziewczynom trzeba przyznać, że mają charakter. I faktycznie chcą się uczyć grać w piłkę, a nie rozczulać nad sobą. Przez pierwsze zajęcia podchodziłem do wszystkiego na chłodno, z dystansu. Tłumaczyłem bardzo spokojnie, delikatnie... Aż wreszcie się zbuntowały. Same przyszły i zapytały: "o co chodzi"? Czemu ani razu nie krzyknąłem, gdy coś robiły źle?

— Nie było więc żadnych "zgrzytów"?
— Raczej nie. A jeśli ktoś się nawet czasem zdenerwuje - co w piłce nożnej nie jest niczym wyjątkowym - to się przez chwilę poboczy, ale za parę minut wszystko wraca do normy.

— Co zaszło w MOSiR, że z drużyny raczej okupującej dno tabeli dziewczyny tak szybko stały się dominatorkami ligi?
— To bardzo proste. Pomógł w tym Żagiel.

— Jakim cudem?
— Gdy objąłem funkcję trenera Żagla, okazało się, że dziewczyna bramkarza (obecnie już byłego) prowadzi piłkarskie zajęcia w prężnie działającym Mini Soccer Academy. Otworzyły się ciekawe możliwości. Niewiele minęło, a Ewelina Korotko, bo o niej mowa, została filarem naszej defensywy. Wraz z nią w szeregi MOSiR weszło kilka innych solidnych zawodniczek. Wzrosła konkurencja, dziewczyny szybko znalazły wspólny język. Przyszły i efekty.

— Jak to jest, że dysponując stosunkowo skromnymi środkami, potrafiliście wygrać z olsztyniankami i 0:8?
— Pozbyliśmy się chaosu na murawie, coraz więcej jest ułożonej, przemyślanej gry. Kwestia stabilizacji składu. Dla porównania, rok temu w rundzie jesiennej straciliśmy ponad 30 bramek. A tej jesieni strzelili nam już tylko 7. Pieniądze to nie wszystko.

— "Ale wszystko bez pieniędzy to...".
— (śmiech) Znam ten film. U dziewczyn jest podobnie jak w Żaglu. Łatwo nie było, bo na minione półrocze dostaliśmy na funkcjonowanie klubu tyle, że musieliśmy ubiegać się o wsparcie miasta, bo nie starczyło nawet na dojazdy. Do wielu rzeczy dokładaliśmy sami.

— Są sukcesy. Łatwiej o sponsorów?
— Na pewno. Pomoc zaoferował m.in. Paweł Kijko, menadżer Winners Sport Bar. Wsparcie dla klubu uzyskaliśmy też m.in. od Jarosława Moczarskiego czy Ireneusza Żukowskiego. Powoli zaczyna się to fajnie kręcić.

— Pojawiły się pierwsze myśli o II lidze?
— Kiełkują, ale bardzo, bardzo powoli. Za dużo czynników trudnych do przeskoczenia. Podstawowy to finanse, bo nie byłyby to już wyjazdy po 100 km, tylko 200-300 km. Byłoby ich też więcej, bo i rozgrywki w II lidze trwają dłużej. Do innych znaków zapytania należy m.in. i sama kadra. Potrzebowalibyśmy przynajmniej 18-20 zawodniczek, a piłkarsko-kobiece zaplecze grup młodzieżowych po prostu nie istnieje. A zaraz zaczną się studia, wyjazdy do szkół... Pojawią się dziury w składzie, trzeba będzie je jakoś łatać.

— Dziewczyny zadebiutowały w "męskiej" Kętrzyńskiej Lidze Futsalu. To dobry krok? Faceci potrafią być bezlitośni. Bywało i 20:0.
— Tak, to dobry krok. Dodatkowy element przygotowań zespołu do rundy wiosennej. W okolicy nie ma zespołów kobiet. Z kim mielibyśmy więc rywalizować? Decyzję o starcie w KLF podejmowaliśmy wspólnie. Wyniki nie mają dla mnie znaczenia. Chodzi o postawę na boisku. Gra na hali uczy ich lepszej komunikatywności, szybszego krycia, umiejętnego przesuwania się. Wyjdzie im to na dobre. Powinny to udowodnić dwa zbliżające się turnieje dziewcząt: w styczniu jedziemy do Elbląga, w lutym gospodarzem będzie Kętrzyn.

— Kiedy wracacie do konkretnych treningów?
— Trenować będziemy już w styczniu, ale tak solidnie weźmiemy się za pracę w lutym.

— A jak z Żaglem?
— Przygotowania ruszą 21 stycznia. Poza treningami stoczymy przed rundą wiosenną 9 sparingów. Przeciwnicy będą wymagający, np. Granica Kętrzyn, Mamry Giżycko, Łyna Sępopol, Wilczek Wilkowo, Orlęta Reszel... Łatwo nie będzie, przyjdzie nabiegać się za zwycięstwem.

— Wykupił pan specjalny pakiet SMS? Rachunek za wysłanie życzeń do wszystkich podopiecznych może zaboleć.
— Spokojnie, mam "darmowe", dam radę (śmiech).

— Jak minęły święta?
— Spokojnie, rodzinnie. Bez wielkich fajerwerków. Czyli tak jak chciałem. Mam nadzieję, że spędzę tak i Sylwestra.

Rozmawiał Kamil Kierzkowski
Polub nas na Facebooku:

Zobacz także

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

Zagraj w GRY.wm.pl

  • Goodgame Empire
  • Goodgame Big Farm
  • Goodgame Poker
  • Shadow Kings - The Dark Ages